www.reconnet.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy  Statystyki  Rejestracja  Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
30.04-06.05.2018 KANAŁ OBERLANDZKI
Autor Wiadomość
glynu 

Wiek: 32
Dołączył: 03 Mar 2013
Posty: 21
Skąd: Płochocin
Wysłany: 2018-05-11, 14:54   30.04-06.05.2018 KANAŁ OBERLANDZKI

Planowaliśmy wybrać się na południe, jednak ostatecznie wylądowaliśmy na północy.
Wypad bardziej kempingowy niż surwiwalowy. Szpeju tradycyjnie u nas zabraliśmy w opór. Były noclegi na dziko, były noclegi na kempingach, były przetarte szlaki, była dziewicza rzeczka.

Kanał Oberlandzki – kraina mostów, zabytków techniki, dzikich niedostępnych zakątków i wiatru w twarz.
Plan zakładał brak przenosek – w trakcie okazało się, że 4 razy musieliśmy targać graty na plecach.
Plan zakładał również, że w końcu ogarniemy bagażnik do przewozu 2 łódek – oczywiście okazało się, że dałem d*py docinając kształtownik bez wcześniejszych pomiarów, więc znów jechaliśmy z drewnianymi belkami na dachu.
W poniedziałek zapakowanym wcześniej autem zabraliśmy Zakapiora, 2 kanady i bocznymi drogami skierowaliśmy się do Ostródy.
Na sympatycznym polu kempingowym rozstawiliśmy namioty, a ja zostawiłem Różową z Kazikiem i pojechałem odstawić auto do Elbląga. Rozkładów nie sprawdzałem wcześniej bo nie. Na miejscu okazało się, że pociągi do Ostródy nie jeżdżą, ostatni autobus odjechał 5 min temu (a było chwile po 15!). Dogadałem więc transport Blablacarem i udałem się na miejsce odbioru. Majówkę rozpocząłem na stacji benzynowej chłodnym pianistą. Akurat kiedy opróżniłem amelionowy pojemnik podjechał mój blablowóz. W komfortowych warunkach dotarłem do Ostrody. Pozdrawiam Sebastiana wodniaka i marynarza!
Na miejscu poszliśmy na spacer, obiad i lody. Czeska knajpa i rodzinna lodziarnia opodal okazały się warte zajrzenia. Prawdziwy spływ miał zacząć się dopiero jutro.
Wstaliśmy nieśpiesznie, mieliśmy w końcu cały tydzień przed sobą. Spakowaliśmy się i powiosłowaliśmy przez Jezioro Drwęckie na kanał.
Prześluzowalismy się przez śluzę zieloną. Śluzy Kanału Oberlandzkiego są malutkie w porównaniu do śluz na kanale Augustowskim. Na kanady wystarczyły.
Płynąc dalej, kiedy po lewej zobaczyliśmy podniesioną zastawkę nad rzeczką z lewej zmieniliśmy plany by płynąć w stronę Jezioraka kanałem Iławskim. Wpłynęliśmy na rzeczkę Korbajnę. Chcieliśmy dotrzeć na jezioro Karnickie, przenieść się na kanał Iławski i dalej płynąć w stronę Jezioraka. Korbajna początkowo bardzo urokliwa, nieskażona śladami spływów, żaglówek czy statków zaczęła robić się coraz bardziej wąska i zarośnięta. Udało nam się zobaczyć po drodze kilka czapli, sarenkę i stado koni w gospodarstwie nad samą wodą. Koniki były wyraźnie zainteresowane niespotykanymi gośćmi w ich wodopoju. Po drodze dopadła nas burza, najpierw zatrzymaliśmy się przy brzegu, by w końcu popłynąć w deszczu. Machając wiosłem jest cieplej.
Często brzegi połączone były mostkami czy też kładkami (na szczęście udawało się przecisnąć pod nimi).
Mijaliśmy zagrodę danieli, które nic sobie nie robiły z naszej obecności kiedy przepływaliśmy obok nich. Rzekę zagrodziła kładka – za niska by przecisnąć się pod nią. Musieliśmy wypakować bety i przenieść się górą. Nie było to przyjemne i łatwe ze względu na błotnisty charakter brzegu. Na szczęście nie było komarów! Rzeka stawała się coraz bardziej zarośnięta. My chcieliśmy zawrócić, jednak Zakapior zawziął się i utorował drogę na jezioro. To dopiero była dzicz… Zarośnięte brzegi niedostępne z lądu i wody, łabądki pływające po powierzchni wody, cisza, spokój, po prostu bajka. Niestety brzegi grobli którą płynął kanał Iławski były równie niedostępne jak wszystkie inne. Plan przenoski się załamał. Dzień miał się już ku końcowi, a opcji noclegu nie było. Zapadła decyzja o powrocie. Tym razem przeciskanie poszło już szybciej, ponowna przenoska nad kładką i wylądowaliśmy na łące nieopodal zagrody danieli. Znalezienie niepodmokłego kawałka wcale nie było łatwe, udało nam się zamelinować przy samej drodze.
Kolacje jedliśmy przy latarkach i zapalonej lampce naftowej. Rano czekał nas kilkuset metrowy spacer przez łąkę by przy mostku zwodować się na kanał Iławski. Chcieliśmy zobaczyć akwedukt i wyobraźnia podsycana rzymskimi budowlami napędzała nas w stronę grobli przez jezioro Karnickie. Oczywiście grobla z poziomu wody nie zrobiła na nas wrażenia. Zawróciliśmy w stronę Miłomłyna, gdzie mieliśmy zaklepany nocleg na polu namiotowym, gdzie jak się okazało byliśmy jedynymi spływowiczami. Poszliśmy z Zakapiorem po małe zakupy w celu uzupełnienia kcali i %. Znacząco się ochłodziło i rozwiało, to też nie skorzystaliśmy z opcji ogniska i udaliśmy się na spoczynek. Po wczorajszych atrakcjach dzień okazał się lekki i bez problemowy.
Naleśnik na śniadanie, pakowanie i skierowaliśmy się w stronę jeziora Ruda Woda. Zajrzeliśmy do stanicy harcerskiej Wenecja – byliśmy tam na 1 dniach kanu. Dzisiaj wszystko zamknięte na 4 spusty, DZ zaparkowana na stołówce, i tylko kilku moczykijów w zasięgu wzroku. Pociągnęliśmy do końca jeziora, gdzie na polu biwakowym zjedliśmy obiad. Na miejscu bawiły się już dwie ekipy wzajemnie się zagłuszając discopolo i jakąś techniawką. Przepraszam – nie jestem w temacie jeśli chodzi o aktualne trendy muzyczne. Zawinęliśmy się dalej w kierunku pochylni Buczyniec, gdzie spodziewaliśmy się pięknego pola namiotowego postawionego za pieniądze jakie zabrał nam Związek Socjalistycznych Państw Europejskich, by potem część oddać nam w formie dotacji na budowę tegoż. O ww. polu rozpisywały się media w samych superlatywach. Więc kiedy ok 20 dotarliśmy do pochylni, i okazało się, że na tym super świetnym polu są tylko toitoiki i kran z wodą, do tego znajduje się na dole pochylni, więc czekała by nas przenoska postanowiliśmy rozbić się na trawniku przy pochylnianym wale. Zacumowaliśmy kanady do polerów, za odbijacze burt robiły puste butelki podjęte jako śmieci po drodze. Ten dzień dał nam w kość, wiatr wiał cały dzień w twarz. Dziękujemy obsłudze za nierobienie problemów. Zagadała nas sympatyczna parka, pogadaliśmy chwile i zabraliśmy się za gotowanie. Na kolację, korzystając z patentu Marshalla skonsumowaliśmy frytki. Noc przebiegła spokojnie, chociaż padał deszcz i rano czekało nas wylewanie wody z łódek.
Przejazd kanadyjką w wagoniku zrobił na nas duże wrażenie. Wpływamy do wagonika, cumujemy nabiegowo (potem udawało się bez cumowania), walnięcie młotkiem w gong i już wagonik startuje. Wodowanie jest przyjemniejsze, łódka miękko ląduje na wodzie. Potem kolejna pochylnia i jeszcze jedna. Na 4 okazało się, że jest awaria i czekała nas długa przenoska. Pękła podstawa koła wodnego. Na szczęście z górki, więc przeniesienie betów po torowisku odbyło się sprawnie.
Było jeszcze zbyt wcześnie by kończyć pływanie na dziś, powiosłowaliśmy dalej.
Wiatr w twarz wzmagał się coraz bardziej, wpłynęliśmy na jezioro Drużno. Nie zrobiliśmy przerwy na obiad i głodny Zakapior złorzeczył pod nosem… Przystanęliśmy na jakiejś wędkarskiej miejscówce, aby mógł się posilić. Niesamowite ile syfu ludzie są w stanie zostawić nad wodą… Przychodzi taki baran kilka razy w miesiącu w to samo miejsce i za każdym razem zostawia kolejny śmieć…
W trakcie spływu zebraliśmy 2 worki śmieci – a były to tylko swobodnie pływające w wodzie butelki… Te w trzcinach i przy brzegach zostawialiśmy. Dramat!
Cisnęliśmy dalej pod wiatr przez rezerwat. Udało nam się zgubić w trzcinach, i kręciliśmy się w kółko przez jakiś czas. Nie byłoby w tym nic złego, bo jezioro jest piękne, pełne ptactwa, jednak czas zaczął być naszym wrogiem. Brzegi jeziora są niedostępne i nie można liczyć na nocleg. Przeskoczyliśmy przez jezioro Drużno, zaczęło już zmierzchać, a przed nami jeszcze ostatni odcinek. Koło mostu kolejowego znajduje się dobre miejsce na nocleg, zdecydowaliśmy się jednak dociągnąć do kolejnego mostu do campingu 61. Z wody schodziliśmy już po ciemku.
Właściciel wskazał nam od razu miejsca na namioty, pokazał gdzie co jest i nie przeszkadzał. Rozbiliśmy się, i udaliśmy do kuchni na kolację. Grzane wino pokrzepiło nas przed snem.
To był najbardziej męczący dzień, ale tak naprawdę, ciężko było znaleźć sensowne miejsce do spania wcześniej. Płynąc natchnęliśmy się na kilka martwych bobrów (??) i śniętych ryb
Sobotę przeznaczyliśmy na zwiedzanie Elbląga. Wspaniałe stare miasto, panorama z wieży kościelnej i super muzeum zrobiły na nas wrażenie. Dobrze że w przewodniku napisano, że pospawane blachy to sztuka współczesna słynnej artystki, bo zastanawialiśmy się, jakby to to sprzedać na złomie… Ale na sztuce nowoczesnej podobnie jak na muzyce ja się nie znam.
Wieczorem wyjadaliśmy zapasy piekąc je na kempingowym grillu nad samą wodą. No po prostu idealne miejsce, dobrze wyposażona kuchnia, czysto, w bardaszkach grzały kaloryfery, jest gdzie posiedzieć i odpocząć. do tego teren jest zamykany na noc.
Poznaliśmy sympatycznego Brytyjczyka Johna – rowerem zmierzał ze Skandynawii do Jugosławi… Pozdrawiamy i trzymamy kciuki za powodzenie wyprawy!
Niedziela upłynęła pod znakiem pakowania i wizyty w Raczkach Elbląskich. To było bardzo ‘depresyjne przeżycie’. W trakcie powrotu zahaczyliśmy o bar dalnia koło Mławy – wygląda niezbyt zachęcająco ale schabowy z ziemniaczkami i pomidorowa rządzi! Jadałem tam kiedyś kilka razy i nic się nie zmieniło.
Kanał pełny zabytków technicznych, mostków, mostów, mosteczków i kolejnych mostów jest jednocześnie miejscem bytowania wielu dzikich zwierząt. Odnajdzie się tu zarówno entuzjasta dzikości, jak i techniki. Niestety wzdłuż brzegów i w toni wodnej pozostawione jest też dużo śmieci. Wysoki stan wody pozwolił nam podziwiać bagniska i podmokłe lasy – prawie jak namorzyny. Turystów praktycznie brak, innych spływów czy łodzi na kanale w zasadzie nie było, ale to pewnie wina niedziałającej pochylni
Zauważalny jest natomiast kompletny brak infrastruktury turystycznej dla małych wodniaków. O rowerzystów zadbano MORami, jest ich dużo, są czyste, uporządkowane, a możliwości wyjścia z łódki na brzeg jest jak na lekarstwo… Ale za to są mostki. Wrócimy na te tereny na pewno z kanadą i na pewno z rowerami, bo jest co oglądać, a wiele rzeczy musieliśmy pominąć.
Na koniec polecamy kemping marina w Ostródzie – niesłusznie obawialiśmy się bliskości dworca kolejowego, polecamy też kemping 61 w Elblągu – obawialiśmy się bliskości centrum miasta, ale również niesłusznie. W obu ceny i warunki BOMBA!!!

GALERIA: https://photos.app.goo.gl/bUlvpuri05OUytIZ2
 
     
pocieszny 


Pomógł: 3 razy
Wiek: 40
Dołączył: 24 Kwi 2017
Posty: 128
Skąd: Jordanów
Wysłany: 2018-05-11, 19:17   

super foty ;) aż się nie moge doczekać aż się pisklaki z kanadyjki wyniosą :mrgreen: (2 gniazda se zrobiły ptaki w kanadyjce :shock: )
ale widze że zmniejszyliście z Różową wage szpeju w kanadzie, już nie trzeba 4 rosłych chłopów do noszenia ;)
 
     
glynu 

Wiek: 32
Dołączył: 03 Mar 2013
Posty: 21
Skąd: Płochocin
Wysłany: 2018-05-12, 09:48   

Widziałem już kwietnik i oczko wodne z canoe. Dawaj foty lokatorów :-)
My zawsze "na wygodnie", a szpeju tyle samo, tylko kulanami upychałem. Zabrakło tylko gofrownicy i miksera :-)
 
     
pocieszny 


Pomógł: 3 razy
Wiek: 40
Dołączył: 24 Kwi 2017
Posty: 128
Skąd: Jordanów
Wysłany: 2018-05-13, 14:03   

jedno na pewno kopciuszki drugie nie wiem ;)
wole zostawić w spokoju :D
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,09 sekundy. Zapytań do SQL: 9